zaprasza Dominik Uhlig


Fair play. Free Tibet.

Mail



Wszystko jest tematem
i dlatego
wszystko jest tekstem
- Ryszard Kapuściński.


piątek, 23 kwietnia 2010
Podpisujmy różne listy wyborcze

Nie wiem czy gdzieś w najbliższych dniach natknę się na osoby zbierające podpisy pod kandydaturami na prezydenta Polski. Ale jak spotkam - nie odmówię podpisu, choć dotąd zawsze miałem przed tym opory.  Ale że sytuacja się ostatnio pokomplikowała dołączam do grona osób przekonanych, że należy pomóc kandydatom. Dlaczego? Nie mam siły się rozpisywać w piątek po nocy. Dobrze robi to Krzysztof Leski na Salonie 24:

”Apeluję o podpisy pod wnioskami o rejestrację kandydatów na prezydenta. Tragedia pod Smoleńskiem sprawia, że po raz pierwszy mamy do czynienia ze skróconą kampanią i nawet najwięksi mogą mieć kłopot z zebraniem 100 tys. podpisów w 10 dni. Dajmy im szansę!

Czy to legalne? Jak najbardziej. Zgodnie z ordynacją obywatel może podpisać listy dowolnej liczby kandydatów. Czy to moralne? Jak najbardziej. Podpis nie musi oznaczać poparcia kandydatury, może być wyrazem poglądu, że kandydat ma prawo startu w wyborach bez względu na to, czy stoi za nim wielotysięczny aparat partyjny, czy tylko grupa entuzjastów. W szczególnych okolicznościach wiosny 2010 przyjmijmy, że podpisujemy listy każdego kandydata, który nie budzi w nas wyraźnej odrazy.”

Leski proponuje spotkanie w najbliższy poniedziałek o 18.00 na pl. Trzech Krzyży w Warszawie (rzut beretem od siedziby Państwowej Komisji Wyborczej), by pomóc komitetom zebrać 1000 podpisów niezbędnych do złożenia w PKW zawiadomienia o utworzeniu komitetu. Termin upływa w poniedziałek o północy.

Jedyne co mogę dodać to fragment komentarza Dominiki Wielowieyskiej, która poruszyła tę samą kwestię. Krócej aczkolwiek równie celnie:

”Jestem za tym, aby apelować do wyborców, by składali swoje podpisy pod różnymi kandydaturami. Nasz podpis nie jest bowiem jednoznaczny z tym, że na pewno na tego polityka zagłosujemy. Świadczy tylko o tym, że chcemy, aby ten czy ów mógł wystartować w wyborach.”

23:17, dominik.uhlig
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
Czarny Sejm, moje pożegnanie ze zmarłymi parlamentarzystami

Uroczyste wtorkowe, żałobne posiedzenie Sejmu i Senatu marszałek Bronisław Komorowski zaczyna w absolutnej ciszy, słychać tylko pstrykanie aparatów fotograficznych. Na Boga, po co komu dźwięk naciskanej migawki w cyfrowym aparacie? Przecież to przeszkadza!

Na sali udekorowanej kwiatami, które upamiętniają tych, którzy zginęli w katastrofie, pełna obsada. Taka frekwencja nie zdarza się nawet na najważniejszych głosowaniach. Ale mocy w politykach mało. Hymn Polski posłowie śpiewają bardzo słabymi, łamiącymi się głosami. Przedstawicielki klubów odczytują listę ofiar: PO, PiS i Lewica krótko, tylko nazwisko i pełnioną funkcję. W imieniu PSL mężczyzna, Waldemar Pawlak, w sejmowych korytarzach widać było, że wicemarszałek Sejmu Ewa Kierzkowska, jedyna kobieta wśród ludowców nie jest dziś w najlepszej formie. Pawlak zwraca się po imieniu do tych, którzy odeszli, wspomina prezydenta. - Dziękujemy, myślę, że oni by podziękowali za wszelkie dobro, które od was uzyskali, a szczególnie od rodzin, za miłość, życzliwość. To dzień, w którym zachowujemy ich nie tylko w pamięci, w sercu, ale także powinniśmy ich zachować w naszych działaniach, aby z tego, co zrobimy był dumny pan prezydent i nasi koledzy, którzy odeszli tak tragicznie - mówi szef PSL.

Na sejmowej galerii, z której dziennikarze obserwują przebieg posiedzenia ścisk. Obok nas stoją byli posłowie, którzy nie mają już swoich miejsc na sali posiedzeń, przedstawiciele urzędów i instytucji, kościołów. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Tyle, że w 15 poselskich fotelach nikt nie siedzi, leżą w nich tylko kwiaty. I jedno puste miejsce na galerii, to najważniejsze - fotel Prezydenta RP.Najbardziej widać pustkę w ławach PiS. W pierwszym rzędzie osamotniony Jarosław Kaczyński, na fotelach obok kwiaty. To on stracił w tej katastrofie najwięcej: brata, szwagierkę, najbliższych współpracowników, przyjaciół. Ale płaczą wszyscy, gdy słuchając kwartetu smyczkowego widzą na sejmowym telebimie zdjęcia koleżanek i kolegów, których już nigdy nie spotkają.


Komorowski, który pełni teraz obowiązki prezydenta apeluje do wszystkich o zgodę, prosi o pomoc w poprowadzeniu kraju przez trudny czas. - Od nas wszystkich zależy, czy ten ból po stracie naszych koleżanek i kolegów zdołamy zamienić w siłę na rzecz współpracy, porozumienia i pojednania, czy też w jakąś formę sporu, gorszącej kłótni - mówi Komorowski. I dodaje: - Pewnie każdy robi swego rodzaju rachunek sumienia. Myśli o słowach niepotrzebnych, które padły nie raz, które dzisiaj bolą autorów. Myślę, że każdy z nas myśli o słowach, które niestety nie padły, które to słowa mogły budować jedność, mogły budować porozumienie - dodaje. Koniec posiedzenia, posłowie jadą na uroczystą mszę świętą, w małych grupkach wspominają jeszcze kolegów.

W całym Sejmie dojmujące poczucie smutku, które nie sposób ominąć. Wchodzisz od ul. Wiejskiej, trafiasz na rząd zniczy i zdjęcia ofiar tragedii w Smoleńsku.

Idziesz od ul. Górnośląskiej - trafiasz na znicze wystawione przed Senatem. Wchodzisz do budynku, też nie możesz zapomnieć. Bo jak? Idziesz korytarzem prosto, trafiasz na billboard PSL na którym są zdjęcia Edwarda Wojtasa, Wiesława Wody i Leszka Deptuły. A jak pójdziesz dalej, to trafisz na księgę kondolencyjną na stoliku ze zdjęciami parlamentarzystów PiS: Grażyna Gęsicka, Aleksandra Natalii- Świat, Przemysław Gosiewski, para prezydencka: Maria i Lech Kaczyńscy, Krzysztof Putra, Janina Fetlińska, Zbigniew Wassermann, Stanisław Zając. Albo na zdjęcia wywieszone w klubie Platformy: Grzegorz Dolniak, wicemarszałek Senatu Krystyna Bochenek, Sebastian Karpiniuk, Arkadiusz Rybicki. A obok nich poseł ostatnio niezrzeszony, a wcześniej nawet w PiS - ale pamiętany jako współzałożyciel Platformy - Maciej Płażyński. Pójdziesz w prawo, też przykro - bo trafiasz na stolik nad którym wiszą przepasane kirem zdjęcia polityków lewicy - Jolanta Szymanek Deresz, Jerzy Szmajdziński, Izabela Jaruga- Nowacka. A później mosiężne tabliczki na drzwiach wicemarszałków Sejmu: Szmajdzińskiego i Putry. Też z czarnymi wstążeczkami.

Na korytarzu mijam kolejne znajome twarze: dziennikarze, politycy. Uścisk dłoni, krótkie "współczuję" i cisza. Bo co tu powiedzieć? Nikt nie ma ochoty już rozmawiać, analizować przyczyn wypadku, zastanawiać się, co dalej. - Marszałek już się odgrodził od dziennikarzy - zagaja z braku lepszych pomysłów jeden z posłów PiS, bo w korytarzu, na którym jest gabinet Bronisława Komorowskiego pojawiła się taśma odgradzająca wstęp dla dziennikarzy. - Jakie to ma znaczenie? - gasi go stojąca obok reporterka. - Nie ma - odpowiada zawstydzony poseł.

Sejmowe korytarze wywołują przygnębiające wrażenie. Biały marmur kontrastuje z czernią ludzi, których tak wielu dawno w Sejmie nie było. Na czarno ubrani są politycy, dziennikarki i dziennikarze, również ci, którzy w życiu nie przyszli do Sejmu w garniturze. - Dzień, w którym "Czarny" jest w krawacie będę pamiętał do końca życia - mówi jeden z sejmowych weteranów. Wiele osób ma łzy w oczach. Dziennikarka, która na co dzień pracuje w Sejmie wciąż nie może uwierzyć w to co się stało. Chyba codziennie wielu z nas budzi się z myślą: a może to był tylko sen? Na sejmowych korytarzach cisza, wydaje się, że będzie jeszcze trwała długo. Ale nic z tego, część dziennikarzy podrywa się do biegu, by zarejestrować emocje w twarzy Jarosława Kaczyńskiego, który w milczeniu idzie na posiedzenie swojego klubu. Gdy wchodzi do sali posłowie PiS odśpiewują hymn. Część dziennikarzy z dezaprobatą patrzą na swoich kolegów. nie teraz, nie w takiej chwili, po co biec za Kaczyńskim?

Po wystąpieniu marszałka odpuszczam sobie tłum kłębiący się w głównym holu Sejmu, idę w boczne korytarze. Przez uchylone drzwi klubu PiS widzę jedną z pracujących w klubie dziewczyn, stoi wpatrzona w ekran TVN24, która akurat pokazuje trumny z ciałami prezydenckiej pary. Krótka wymiana zdań z dziennikarką, która od trzech dni relacjonuje wszystkie uroczystości żałobne i już nie wie, co ze sobą zrobić. I uścisk bez słów z kolejną znajomą, współpracowniczką Przemysława Gosiewskiego, b. szefa klubu PiS, partii którą "opiekowałem się" opisując przez kilka lat.

To właśnie tam, w sejmowych korytarzach, a nie na sali sejmowej, na której odbywała się dzisiejsza uroczystość, dziennikarze najbardziej odczuwają brak posłów, którzy odeszli. Bo na sali byli aktorami, którzy odgrywali swoje role w politycznym spektaklu. Ludźmi byli w korytarzach i sejmowych gabinetach, gdzie nie sięgały kamery i mikrofony.

00:11, dominik.uhlig
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 kwietnia 2010
Niech odpoczywają w pokoju.

Chwilę po dziewiątej zobaczyłem na gazeta.pl informację o awarii samolotu prezydenta. Szybko ”awaria” zmieniła się w ”katastrofa”.

Kiedy jechałem do redakcji (nie pytajcie jak szybko, przepraszam współużytkowników ulic) w radio słuchałem pierwszych nazwisk z listy pasażerów samolotu. Prezydent, premier, posłowie, senatorowie. Później - już w pracy - pierwsze listy ofiar, kolejne nazwiska znajomych z sejmowych korytarzy. Posłowie PiS, partii, o której pisałem przez kilka lat. Posłowie PO i SLD...

Z każdym z Nich wiąże się jakieś osobiste wspomnienie z Sejmu. Posłowie Przemysław Gosiewski i Grzegorz Dolniak, którzy mieli niezwykły dar mówienia tak, żeby nie powiedzieć nic, Seastian Karpiniuk, który potrafił skomentować wszystko i odpowiadał na prośby o kontakt nawet w chwilach, kiedy jego partyjni koledzy nabierali wody w usta, poseł Wiesław Woda, którego nieraz niepokoiłem w sprawach związanych z administracją. Grażyna Gęsicka, która na sejmowym korytarzu cierpliwie przekonywała mnie z długopisem w ręku, że to ona, a nie PO ma rację w którymś ze sporów o unijne fundusze, Maria Kaczyńska, z którą zrobiłem kiedyś wywiad o Dolinie Rospudy, Piotr Nurowski, który przed igrzyskami olimpijskimi w Chinach przekonywał mnie, że trzeba dać Chińczykom kredyt zaufania w sprawie praw człowieka...

I potem widok, który w tym dniu chyba najbardziej mną poruszył: biało- czerwone chorągiewki leżące na przygotowanych dla polskiej delegacji krzesełkach.

Wydawaliśmy dziś cały dzień „Gazetę Wyborczą” w internecie, i choć opiekowałem się tekstami, które wpadały na naszą stronę, kiedy na chwilę odchodziłem od komputera po powrocie patrzyłem na naszą stronę i... chwila zawieszenia: nie, przecież to niemożliwe, to się nie dzieje naprawdę.

Puenty tej notki nie ma. Po prostu brakuje słów...

23:20, dominik.uhlig
Link Dodaj komentarz »