zaprasza Dominik Uhlig


Fair play. Free Tibet.

Mail



Wszystko jest tematem
i dlatego
wszystko jest tekstem
- Ryszard Kapuściński.


piątek, 27 lutego 2009
Tato

Tomasz Szymborski dziko zlustrował właśnie mojego Tatę, pisząc na swoim blogu: "Tata agent - dziecko pracuje w Gazecie". W odpowiedzi publikuję pełne oświadczenie  Taty,  napisane 13 stycznia 2008 r. O całej sprawie dowiedziałem się wczoraj.

OŚWIADCZENIE

W związku z informacjami, ukazującymi się w Internecie, a dotyczącymi mojej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL w latach 80., oświadczam, co następuje:

  1. zobowiązanie do współpracy z SB podpisałem wiosną 1982 roku w Ośrodku Odosobnienia w Jaworzu k. Drawska, gdzie byłem internowany, a zatem było to w warunkach pozbawienia wolności i pod przymusem. Na podjęcie decyzji, którą musiałem podjąć sam, miałem jedną noc - i taką decyzję podjąłem. Dziś tego zmienić się nie da.
  2. podczas podejmowania zobowiązania do współpracy nie było moim celem ani pomaganie, ani szkodzenie żadnej ze stron konfliktu społecznego. Jedynym celem, do którego dążyłem, było wyjście na wolność z ośrodka odosobnienia i połączenie się z moją rodziną, i taką cenę za wolność - podpisanie deklaracji o współpracy - zaproponował mi funkcjonariusz SB. Decydując się na podpisanie deklaracji o współpracy byłem zdecydowany na oszukiwanie SB i jak najdalej idące pozorowanie współpracy, przede wszystkim z unikaniem donoszenia na kolegów i współpracowników.
  3. pseudonim "Biedronka" przyjąłem ze względów osobistych. Ci, którzy są mi bliscy, będą wiedzieli, dlaczego. Inni nie muszą wiedzieć.
  4. na pierwszym spotkaniu z funkcjonariuszami SB po wyjściu z ośrodka odosobnienia, w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Katowicach, w lecie 1982, napisałem oświadczenie o odmowie dalszej współpracy. Wkrótce potem tzw. "znajomy" próbował wywierać przez szantaż presję psychiczną na moją rodzinę, wskutek czego wtedy kontaktów z SB zakończyć się nie udało.
  5. po wyjściu z ośrodka odosobnienia niezwłocznie zwróciłem się do Rektora Uniwersytetu Śląskiego z prośbą o przeniesienie ze stanowiska nauczyciela akademickiego na stanowisko pracownika informatyki. Uważałem, że osoba uwikłana w taką sytuację, jak moja, w żadnym razie nie może być nauczycielem akademickim, od którego wymagana jest nieskazitelna postawa etyczna. Byłem jednak pewien, że mogę bez przeszkód pracować dla dobra Uniwersytetu Śląskiego nie będąc nauczycielem, wykorzystując moje umiejętności w zakresie informatyki.
  6. po wyjściu z ośrodka odosobnienia nie podjąłem żadnych kontaktów z koleżankami i kolegami z "Solidarności", ograniczyłem także do niezbędnego minimum kontakty towarzyskie po to, aby jak najmniej wiedzieć i przez to jak najmniej, o ile w ogóle, przekazywać SB, jeśli zostanę do tego zmuszony.
  7. funkcjonariusz SB nie stawiał przede mną żadnych zadań, które polegałyby na przekazywaniu informacji o konkretnych osobach. W związku z tym moje informacje wyglądały z zasady tak: "nic nie wiem, nigdzie nie działam, z nikim się nie spotykam, nic się nie dzieje, wszyscy normalnie pracują, nie ma żadnych problemów".
  8. odnoszę wrażenie, że SB nie chodziło o to, aby z moją pomocą inwigilować pracowników Uniwersytetu Śląskiego, ale o to, abym ja sam nie podejmował żadnej niepożądanej przez nich aktywności. W takim przypadku mogliby oni mnie szantażować, grożąc ujawnieniem współpracy. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
  9. w okresie od czerwca 1982 do sierpnia 1984 przeżyłem ciężką operację żony i dwie ciężkie moje operacje. Łącznie w tym okresie przebywałem w szpitalach, sanatorium i na zwolnieniu chorobowym około 12 miesięcy, i w tym czasie żadnych kontaktów z SB nie miałem.
  10. nie uzyskałem od SB żadnych korzyści materialnych - nie pobierałem pieniędzy, nie przyjmowałem prezentów, o nic nie prosiłem, niczego mi nie "załatwiono".
  11. nie jestem w stanie określić, kiedy po raz ostatni spotkałem się z funkcjonariuszem SB, czy było to w roku 1983, czy 1984. Jeśli dobrze pamiętam, było to w roku 1983, ale na pewno nie później niż 19 października 1984, kiedy to SB zamordowała księdza Jerzego Popiełuszkę. W tym czasie postanowiłem, że nieodwołalnie, nie bacząc na konsekwencje, zerwę kontakty z SB. Jednak po tym dniu nikt z SB już ze mną nie kontaktował. Myślę, że będzie na miejscu, jeśli napiszę, że od jesieni 1984 roku czuję i wiem, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko przez swą męczeńską śmierć przyczynił się walnie do wyzwolenia mnie z opresji SB, za co jestem Mu winien zwykłą ludzką wdzięczność.
  12. informacje z Internetu (a pochodzące najpewniej z dokumentów IPN) o tym, że "zostałem pozyskany na zasadzie współodpowiedzialności obywatelskiej w 1983 r., współpracę zakończono pięć lat później" nie są zgodne z prawdą. Jak napisałem wcześniej, okres mojej wymuszonej współpracy (a w istocie udawania i pozorowania współpracy) z SB obejmował w praktyce 17 miesięcy w latach 1982-1983, a prawdziwą "współodpowiedzialność obywatelską" wykazywałem, jak mi się wydaje, w latach 1980-1981, gdy współuczestniczyłem w zakładaniu "Solidarności" w UŚ i pełniłem w niej funkcję związkową. W stanie wojennym i po nim odczuwałem jedynie odpowiedzialność za moją rodzinę, i tak zostało do dziś.
  13. te oświadczenie składam również w poczuciu odpowiedzialności za rodzinę, dlatego, że w ramach "dzikiej lustracji", w Internecie, pojawiają się anonimowe treści, mające zapewne na celu wykazanie, że jako były tajny współpracownik SB jestem z definicji człowiekiem złym i niemoralnym, i z tego powodu zdyskredytowanie mnie. Chcę powiedzieć na ten temat tylko tyle: nikt nie wie lepiej niż ja, jak wygląda życie człowieka, gdy przez dwadzieścia sześć lat, codziennie, sumienie ci mówi: "jesteś tajnym agentem, a mogłeś nie być", a ja mówię: "ale przecież nie chciałem być, a musiałem".
  14. ani moja Żona, ani mój Syn nie wiedzieli do dnia dzisiejszego (tj. do 26.02.2009 - oświadczenie powstało ponad rok temu) nic o tym, co teraz opisuję. Uważam, że byłoby lepiej i dla nich, i dla wszystkich, gdyby ta sprawa nie wyszła na światło dzienne. Jest mi bliskie stanowisko: "czy naprawdę wszyscy muszą o wszystkich wiedzieć wszystko?". Ale skoro tak już musi być, proszę bardzo: mam dość odwagi cywilnej, aby powiedzieć: tak, oszukiwałem, nie byłem aktywny, nie wykazywałem żadnej inicjatywy, udawałem współpracę z SB, aby być wolnym, chciałem się z niej jak najszybciej wyplątać, i to mi się udało. Potem starałem się żyć i pracować dla rodziny i dla ludzi tak samo, jak przedtem, i myślę, że to mi się też udało. Po dwudziestu sześciu latach czyśćca mam czyste sumienie i teraz jestem naprawdę wolnym człowiekiem. Ewangelia głosi: "A prawda was wyzwoli". Tak jest. Czuję to. Nareszcie jestem wolny.
  15. mam nadzieję, że z powodu moich kontaktów z SB w latach 1982-1983 nikt nie poniósł żadnej szkody ani nie doznał przykrości. Gdyby tak się mimo wszystko stało - przepraszam. Nie jestem jednak w stanie przyjąć żadnej odpowiedzialności za to, co wtedy zrobiłem, dopóki odpowiedzialności nie poniosą ci, którzy mnie w tej sytuacji postawili - a było ich wielu.
  16. wielokroć zadaję sobie pytanie, co w moim przypadku było grzechem pierworodnym? Dlaczego znalazłem się w takiej sytuacji? Na dziś znajduję tylko taką, jedną, odpowiedź: moim pierwszym i głównym błędem było spontaniczne włączenie się do działalności związkowej w NSZZ "Solidarność" w roku 1980, działalności związku, która później przekształciła się w działalność polityczną. Nie miałem predyspozycji do takiej pracy, nie umiałem się znaleźć w środowisku, które w istocie było mi obce (myślę tu, dla jasności, o politykujących działaczach związkowych), i stąd podjąłem próbę wydostania się z matni nawet za pomocą sposobu, będącego na granicy przyzwoitości.
  17. to, co mi dziś pozostało, to tylko nadzieja, że to, co zrobiłem, zostanie zrozumiane, i wybaczone przez tych, którzy uważają, że jeszcze trzeba i już można wybaczyć.
  18. tak. czuję się ofiarą, a nie prześladowcą. Nie miałem obowiązku być w więzieniu bohaterem, natomiast miałem inny obowiązek, który wypełniłem.

PS. (26.02.2009 r.) W stanie wojennym, tzw. komuniści zaczęli niszczenie mojego życia. Dziś, publikując o tym informacje, prawi i sprawiedliwi obywatele proces tego niszczenia zakończyli. Minęło 27 lat - niemal połowa istnienia. Do nikogo nie mam żalu i nikomu nie jestem wdzięczny. Chciałbym tylko dożyć swoich dni służąc innym, jak starałem się to czynić zawsze.

Maciej Uhlig

10:58, dominik.uhlig , Takie życie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lutego 2009
MSZ milczy...

Od rana telewizje i portale prześcigają się w dociekaniach, czy polski inżynier żyje. Każdy chce podać informację jako pierwszy (nieważne czy pewna czy nie), na bieżąco potwierdza ją u kogo tylko może. Media są rozdrażnione milczeniem MSZ. Z każdą godziną będziemy znać coraz więcej szczegółów: wyścig "czy aby na pewno" zostanie zastąpiony wyścigiem: "gdzie, czym, jak".

Bardzo współczuję rodzinie tego pana, chciałbym wierzyć, że nikt z kolegów pracujących w mediach nie wpadnie na pomysł podetkania im mikrofonu pod nos z pytaniem "co państwo czują w takiej chwili". Choć nie mam większych złudzeń i wyobrażam sobie jakie będą poniedziałkowe okładki taboidów.
W takiej sytuacji powinno być jak z tajemnicą lekarską - to rodzina dowiaduje się pierwsza i decyduje czy chce cokolwiek komukolwiek powiedzieć. Reszcie powinna wystarczyć prosta wiedza: żyje czy nie żyje, dopiero kiedy to wiedza pewna. Nie musimy jako dziennikarze wywlekać na wierzch szczegółów. I nikt mnie nie przekona, że "czytelnicy mają prawo wiedzieć" albo "przecież można wyłączyć telewizor". Bo po co nam taka wiedza?

11:05, dominik.uhlig , Takie życie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 lutego 2009
Prezes zdobył brązowy medal

Kongres skończył się szybciej niż planowano. Prezes PiS ogłosił, że musi zdążyć na 15, bo zaczyna się mecz. Wsparcie partii okazało się skuteczne, Polakom serdecznie gratuluję.

Na koniec kilka ciekawostek, które nigdzie się nie zmieszczą i pewnie są nieważne, ale piszę trochę z nudów, bo czekam na transport:

1) Prezes jeździł po Krakowie wypasionym srebrnym Saabem;

2) Antoni Macierewicz korzystał z komputera w kąciku dla dziennikarzy;

3) minister Michał Kamiński miał rewelacyjny czerwony szalik, który przyciągał działaczy do robienia sobie z nim zdjęć. Każda rozpoznawalna twarz przyciągała działaczy - ale szalik najbardziej;

4) figurki smoków, które można kupić jako upominek na Rynku zaczynają się od 4 zł;
5) Przy kościele Mariackim jest niezła gruzińska restauracja, z menu dla wegetarian;

6) Kraków szczególnie ładny jest rano, jak nie ma tłumów turystów. I wieczorem jak nie ma tłumów i pada śnieg;

7) sprzedawcy obwarzanków (przynajmniej jeden, na północnej stronie Rynku) są sfrustrowani tym, że pracują w niedziele rano i przeraźliwie z tego powodu przeklinają;

8) z centrum do Nowej Huty można jechać tramwajem 22, miła pani w informacji turystycznej na Floriańskiej powie gdzie trzeba wsiąść i wysiąść;

9) jak prezes PiS zmienia retorykę ale nie zmienia celu - czytaj jutro w Gazecie Wyborczej".

17:21, dominik.uhlig , PiS
Link Dodaj komentarz »
Alleluja i do przodu

Drugi dzień kongresu zaczął się mszą świętą w Kościele Mariackim. O 8 nad ranem odprawił ją sam abp Stanisław Dziwisz (Platformie też kiedyś odprawiał, więc teraz jest po równo). Przypominał, że na PiS, które przyjęło jako swoją nazwę słowa z Pisma Św spoczywa szczególna odpowiedzialność za to co robi. We mszy asystowali Zbigniew Wassermann i Zbigniew Girzyński (śpiewając Alleluja popisał się świetnym głosem).

Ale uroczysty nastrój kongresu znów zaczął psuć złośliwy poseł Palikot. Podobno zaczął na swoim blogu straszyć że o 13 ujawni przemówienie prezesa PiS (o czym doniosła mi centrala). Szczegółów nie znam, wchodzę właśnie na wyższy poziom intelektualny - trwa dyskusja na temat ostatniego XX-lecia w krakowskim muzeum historycznym. Z udziałem prezesa PiS oczywiście. Dziś byłem wcześniej i udało się wejść. A sala już pełna, robi się duszno, słuchacze podpierają ściany. Na wstęp prof. Andrzej Nowak cytuje Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”, potem Ryszard Bugaj, Andrzej Chwalba. Ale wszyscy są tu chyba przede wszystkim dla prezesa Kaczyńskiego.

c.d.n.

11:58, dominik.uhlig , PiS
Link Komentarze (2) »